Bartosz Szarek – specjalista od tematów filmowych

Wspaniały człowiek, który pasjonuje się kinem, tworzy niesamowite recenzje i współpracuje z wieloma wydawnictwami. Udało nam się z nim porozmawiać.

Dlaczego akurat recenzje, skąd takie hobby?

Z fascynacji kinem, muzyką i ogólnie popkulturą. Wydaje mi się, że po części jest to zasługa taty i tego, czym się zajmował. Po części mojej osobliwej fascynacji „ruchomymi obrazkami”. Na początku lat 90. towarzyszył mi przemożny głód wszystkiego, co obrazowe. Począwszy od „gier telewizyjnych”, teledysków zgrywanych przez tatę na kasety wideo, po filmy i seriale, w które mogłem wpatrywać się godzinami. Chociaż jeden moment z dzieciństwa pamiętam szczególnie wyraźnie i jestem niemal pewien, że mógł zadecydować o zainteresowaniu się kinem.

Godzina wieczorna. Bartuś w piżamce, kocyk, „wieczorynka” dogasa w TV, kiedy to do salonu wpada tato i kładzie na stole trzy pudełka, jedno większe kartonowe i dwa mniejsze zrobione z czarnego plastyku. Z kartonowego wyciąga magnetowid. Z pozostałych dwóch kasety VHS z prawdziwymi blockbusterami czasu: „Robin Hood: Książę złodziei” Reynoldsa i „Terminator 2: Dzień sądu” Camerona, które przez kolejne tygodnie „dorzynaliśmy” z bratem na tyle skutecznie, że wkrótce przestały odtwarzać cokolwiek. Mieliśmy, najłagodniej rzecz ujmując, przegwizdane. Ale tato chyba bardziej…

Każdy, kto wychowywał się w latach kiełkującego kapitalizmu, pamięta jak popularne były w Polsce wypożyczalnie kaset wideo. Wraz z pojawieniem się na naszym sądeckim rynku kaset VHS, co miało miejsce na przełomie lat 80. i 90., mogliśmy w końcu nadgonić świat w główniej mierze perełkami amerykańskiego kina klasy B. W owym czasie w Nowym Sączu przy alejach Stefana Batorego (za ulicą Limanowskiego), w nieco cofniętym, najdłuższym bloku miasta – tzw. „Pekin” – miał swoją siedzibę Dyskusyjny Klub Filmowy „Bufory”, którym zawiadywał tato, a w którym z bratem spędzaliśmy całkiem sporo czasu.

Jednak wtedy zdecydowanie bardziej niż działalność mieszczącego się przy alejach Batorego DKF „Bufory”, przyciągała mnie znajdująca się wewnątrz – a w zasadzie w swego rodzaju holu łączącym salę główną (wejście od strony Batorego), „reżyserkę” i zejście do piwnic ze znajdującą się w jej labiryntach ciemnią fotograficzną – ogromna ściana w całości zapełniona kasetami wideo. Korytarz stanowił „łącznik” i zarazem tylne wyjście z „Buforów” (na ul. Krasickiego).

Na moje szczęście z początkiem lat 90. polscy dystrybutorzy filmowi działali już na pełnych obrotach. ITI Home Video wybijał się przed szereg, chełpiąc się najpojemniejszym regałem klasyki i filmów z górnej półki. To oni mieli Jamesa Bonda i Indianę Jonesa, Martina Riggsa i Rocky’ego Balboę, Gremliny i Crittersy, więc dla mnie osobiście byli bogami. Choć miałem wówczas jakieś 7 lat, to przesiadując z bratem u taty w „Buforach”, nauczyliśmy się jednego, a mianowicie, że ITI wymiata, a reszta to chała. Oczywiście na polskim rynku funkcjonowali też drobni dystrybutorzy specjalizujący się w mniej wyszukanych obrazach, choć wcale nie oznaczało to, że pozycjom tym towarzyszył mniejszy hype – wręcz przeciwnie.

NVC, Vision, Best Film, Vim, Elgaz, Video Rondo handlowali rozrywką gorszego sortu, ale ludzie brali ją tym chętniej – wręcz w ciemno. Vision położyło łapę na „Scannersach” Cronenberga, Vim wywalczył „Nieśmiertelnego 2” Mulcahy’ego, z kolei NVC unieśmiertelniło na taśmie magnetycznej „Nieśmiertelnego” i „Amerykańskiego Ninję V” z Davidem Bradleyem. Było jeszcze dwóch kultowych dystrybutorów, którzy obdarowali mnie najbogatszą ofertą kina akcji klasy B, w równym stopniu wprawiającą w euforię, co „ryjącą beret”. Cannon spółki Golan-Globus był jednym z nich, choć nie jestem pewien, czy kiedykolwiek uruchomił oficjalne przedstawicielstwo w Polsce. Cannon kasety wydawał, to fakt, ale tata zawsze mówił, że „na nielegalu i nie mają praw do wypożyczania”. Jednak gdyby nie Cannon, nie poznałbym Jean-Claude Van Damme’a, Chucka Norrisa, Michaela Dudikoffa, Sylvestra Stallone’a, Charlesa Bronsona czy Dolpha Lundgrena, tego z „Władców Wszechświata”, czyli „Masters of the Universe”, czyli… fabularnego He-Mana!

Tak sobie myślę, że ten czas można uznać za początek pięknej przyjaźni nie tylko z filmem, ale z popkulturą w ogóle. Dalej było już tylko więcej, mocniej i częściej. Jednak przyjaźń szybko przedzierzgnęła się w fascynację. A fascynacja w fetysz. W końcu nałogowe oglądanie „ruchomych obrazków” przestało mi wystarczać, a ja zapragnąłem czegoś więcej. Wiedzy na temat tego, na co przeznaczam, bądź co bądź, spory wycinek swojego młodzieńczego życia. I to właśnie nie „oczytanie” w filmach, ale ciągłe dokształcanie się w tym temcie spowodowało, że nabrałem wystarczającej śmiałości, by samemu zacząć o filmach pisać.

Jak wyglądały początki z pisaniem?

Zaczęło się od krótkiej przygody z sądeckim portalem e-ns.pl, którym zawiadywała wówczas wspaniała postać – Łukasz Kluk. Niedługo po tym, czyli jakoś w połowie 2012 roku, założyłem bloga filmowego „Synekdocha, Nowy Sącz”, który stanowił dla mnie swoisty poligon doświadczalny. Oprócz bloga recenzje pojawiały się na facebookowym fanpage’u Stowarzyszenia „Dla Miasta” Tomka Michałowskiego, który mocno dopingował mnie w tym temacie. Brnąc dalej w lokalne podwórko, za sprawą Rafała Kmaka, moje teksty zaczęły pojawiać się na portalu miastoNS.pl. Wkrótce na horyzoncie pojawił się inny portal – Sądeczanin.info. Dzięki śp. Henrykowi Szewczykowi mogłem zaistnieć na łamach portalu, idąc dalej – miesięcznika. Bardzo przychylną mi osobą w redakcji był wówczas Janusz Bobrek, który przez długi czas pośredniczył między mną a portalem. Wspaniała osoba.

Wychodząc poza Nowy Sącz, szczególnie miło wspominam publikowanie w społeczności blogowej „Stacja Kino” Patryka Karwowskiego, który od dobrych paru lat prowadzi genialną stronę „Po napisach”. Zdecydowanie polecam. Jednak to Sylwester 2016 okazał się dla mnie przełomowy. Dokładnie tego dnia skontaktował się ze mną Tomasz Rychlik z powstającego wówczas agregatora recenzji filmowych Mediakrytyk. Powiadomił mnie, że spora część moich tekstów z portalu Sądeczanin.info została dodana do ich bazy, wkrótce chcą importować resztę i liczą na dalszą współpracę. To było dla mnie coś! Po raz pierwszy w życiu moje recenzje zostały niejako zauważone. Co więcej zestawiono je z tekstami osób, które stanowiły dla mnie wzór filmowej publicystyki! Lepszego „motywatora” do dalszych działań nie mogłem sobie wtedy wymarzyć… 

Gdzie obecnie można poczytać Pana opinie na temat filmów?

Stron, portali, fanpage’ów i społeczności blogowych przewinęło się już trochę, ale chyba najłatwiej będzie zaprosić wszystkich zainteresowanych do odwiedzenia największej bazy recenzji filmów i seriali w Polsce, czyli strony Mediakrytyk, gdzie znajduje się spora część moich tekstów, głównie z lat 2015-2019. Czyli tych, których z perspektywy czasu się nie wstydzę. Natomiast recenzje z lat 2012-2019 najprościej odszukać na moim blogu „Synekdocha, Nowy Sącz”, który nadal istnieje w przestrzeni internetowej, choć nie jest już redagowany.

Obecnie śnię swój sen i nie chcę się z niego budzić. Publikuję tam, gdzie zawsze chciałem publikować, jak również tam, gdzie nie marzyło mi się, że kiedykolwiek dane będzie mi publikować. I co istotne dla mnie, jest to stała współpraca. W połowie 2019 roku, dzięki Michałowi Lesiakowi, zadebiutowałem na łamach krakowskiego czasopisma o tematyce audiowizualnej „Ekrany”. Z kolei początkiem ubiegłego roku, szefujący działowi premier kinowych Bartosz Żurawiecki, umożliwił mi start w miesięczniku „Kino”. Jeszcze tego samego roku nawiązałem współpracę z dwumiesięcznikiem „Replika” Mariusza Kurca i amerykańskim „Polish American Journal” Marka Kohana. Co się tyczy portali zagranicznych, moje recenzje można znaleźć w największej internetowej bazie danych na temat filmu IMDb.com oraz na MQM (Movie Quotes and More). Natomiast obecny rok stanął pod znakiem „Teraz Rocka”, gdzie mam szczęście recenzować dokumenty i fabuły muzyczne oraz filmowe zapisy z koncertów.

Lokalnie współpracuję z „Dobrym Tygodnikiem Sądeckim”, dla którego relacjonuję imprezy i wydarzenia kulturalne na Sądecczyźnie. Przeważnie muzyczne. Tematy filmowe przewijają się, choć w głównej mierze celują w kalendarium głośnych filmów zrealizowanych na Sądecczyźnie, czy też ważnych sylwetek osób z szeroko pojętej branży filmowej kojarzonych z regionem. O tym zawsze warto, a nawet należy przypominać.

Jak Pan łączy hobby z pracą zawodową?

Nie ukrywam, łatwo nie jest. Tym bardziej, że obowiązki zawodowe i rodzinne trzeba godzić z powiększającą się liczbą nowych projektów i wyzwań publicystycznych. A doba – niestety, nie jest z gumy. Jednak wychodzę z założenia, że im mniej masz czasu, tym masz go więcej. Człowiek wtedy bardziej się spręża, jest lepiej zorganizowany. Jest w stanie znaleźć czas na wszystko. Może więcej i robi więcej.

Jakie recenzje? Dlaczego akurat takie?

Z racji tego, gdzie obecnie publikuję, są to „recenzje pisane”. Poza tym taka forma najbardziej mi odpowiada, gdyż nie wymaga większego nakładu pracy od strony technicznej. Wystarczy laptop, prosty edytor tekstu i dostęp do Internetu. Jakiś czas temu bawiłem się programami do montażu, green-screenem, oświetleniem, zainwestowałem w softboxy i w miarę przyzwoity mikrofon pojemnościowy. Nawet przez kilka miesięcy vlogowałem (cykle „Jutro idziemy do kina” i „Szarek o filmach”). Jednak brak odpowiedniego doświadczenia w tym temacie plus ograniczenia sprzętowe, mogą ostro dać po głowie. Stąd stosunkowo szybko się zniechęciłem i powróciłem do tradycyjnej formy pisanej. Niemniej jednak planuję powrócić do programów „mówionych”, ale raczej jako podcast.

Jakie filmy obecnie Pan poleca?

Pandemia mocno ograniczyła frekwencję w kinach, jednak branża filmowa bardzo szybko dostosowała się do obecnych realiów i ani myśli zwalniać tempa. Show must go on. Obecnie jest mnóstwo filmów, które można polecić. Gdybym miał tutaj stworzyć „szybki” ranking dobrych filmów z ostatnich paru miesięcy, lista z pewnością nie zamknęłaby się w TOP10. Z kolei tak zwane „fajne filmy na wieczór” to temat naprawdę szeroki. Dużo zależy od nastroju i towarzystwa. Preferencji gatunkowych.

Dla mnie osobiście dobry film to taki, do którego lubię wracać. Całościowo lub fragmentami. W tym temacie mam swoje fetysze. „Po godzinach” Martina Scorsese, „Drive” Nicolasa Windinga Refna, „Toni Erdmann” Maren Ade, „Stalker” Andrieja Tarkowskiego czy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Choć pewnie po głębszym zastanowieniu dorzuciłbym jeszcze parę(dziesiąt) pozycji… Pomimo tego, że obejrzałem te filmy niezliczoną ilość razy, nadal robią na mnie wrażenie. Co więcej, po każdym kolejnym seansie jestem w stanie wyłuskać z nich coś nowego. Polecam te tytuły wszystkim.

Gdzie oglądać? Kina są zamknięte…

Rzeczywiście. Pandemia zupełnie wywróciła nasze życie do góry nogami i sprawiła, że to, do czego kiedyś mieliśmy nieograniczony dostęp, dziś jest poza naszym zasięgiem. Widać to na przykładzie kin, które po dziś dzień pozostają zamknięte. Na razie nie pozostaje nic innego, ja tylko szukać alternatyw, które pozwolą cieszyć się najnowszymi produkcjami w zaciszu domowym w formie online.

Nie będę szczególnie odkrywczy, jeśli powiem, że najnowsze filmy można oglądnąć na wielu platformach VOD, które w znacznej mierze przejęły role dystrybucyjne. Oczywiście nie wszystkie produkcje właśnie tak skończyły, bowiem do dzisiaj jest wiele filmów, które wciąż czekają na otwarcie kin. Pandemia otworzyła jednak nowe możliwości, a serwisy z filmami online są jednym z nich.

Jeżeli ktoś chce obejrzeć najnowsze filmy kinowe, najczęściej tytułów tych szuka się w Internecie. Niektóre popularne serwisy, jak Player, Netflix, Ipla czy VOD.pl udostępniają je online. Oczywiście w sieci nie brakuje także darmowych stron czy też witryny z torrentami, które jednak pod wieloma względami nie są najlepszym rozwiązaniem. Po pierwsze działają one nielegalnie, naruszając przepisy o prawie autorskim, a po drugie ich jakość nierzadko także pozostawia wiele do życzenia.

Plany na przyszłość?

Goethe, będąc już sędziwym człowiekiem, powiedział, że każdy człowiek powinien mieć plany na 100 lat naprzód. Moje plany sięgają 150 lat naprzód. Choć cały czas się zmieniają. Nadal chcę kontynuować współpracę z „Dobrym Tygodnikiem Sądeckim”, „Kinem”, „Ekranami”, „Repliką”, „Teraz Rockiem” i „Polish American Journal”. To wspaniałe redakcje, wypełnione wspaniałymi ludźmi, od których wiele się nauczyłem i jeszcze wiele nauczę.

Marzy mi się współpraca z czasopismem „Nefilm” i Filmwebem. Chciałbym również sprawdzić się w formie radiowej lub podcastowej. Obecnie pracuję nad scenariuszem audycji filmowo-muzycznej, a w realizacji projektu wspomaga mnie wspaniała ilustratorka i grafik Martyna Wawrzusiszyn.

Dziś trudno wyobrazić sobie dobrze zrealizowany film bez towarzyszącej akcji i dialogom muzyki. Niektóre partytury (w równym stopniu co filmy) przechodzą do historii kina jako arcydzieła, a twórcy muzyki filmowej traktowani są na równi z największymi kompozytorami muzyki poważnej. Jako osoba beznadziejnie uzależniona od kina i muzyki – od dłuższego już czasu nosiłem się z zamiarem stworzenia czegoś, co z jednej strony traktowałoby o filmie – z drugiej, byłoby w stanie w pełni oddać istotę jego muzycznej strony. Padło (i chyba słusznie) na audycję radiową z muzyką i słowem na planie pierwszym, osobistą podróż w poszukiwaniu „filmów dobrych” z dźwiękami, które równie dobrze czują się na ekranie, jak i poza nim.

Wstępnie jest zainteresowanie tematem ze strony kilku stacji radiowych, więc zobaczymy. Trzymajcie kciuki.

Dziękujemy i życzymy sukcesów.

Rozmawiała Anna Pych

Fot. B.Sz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook
Instagram